Pod koniec sierpnia brałem udział w kolejnej części Pucharu Świata, który jednocześnie był też mistrzostwami Europy w parawspinaczce. W tym samym okresie odbywały się również mistrzostwa Europy we wspinaczce na czas oraz w prowadzeniu, także działo się…
Błędy Innsbrucka? Nie tym razem!
Był to dla mnie bardzo ważny start, ponieważ dość intensywnie pracowaliśmy z moją trenerką Sarą nad tym, by nie popełnić tego samego błędu co ostatnio i nie „zgubić się” na swojej drodze podczas wspinaczki. W efekcie do mojego zespołu dołączyła Marta, dzięki czemu możemy jeszcze lepiej realizować plan Sary! Poza aspektem czysto treningowym, tym razem pojechała z nami moja żona Justyna, więc czułem się tam pewniej i bezpieczniej (przecież jak żona powie, że ma mi pójść lepiej, to innej możliwości nie ma…).
Chwila prawdy
Jak już tam byliśmy, nie mogłem się doczekać swojego startu. Tym razem może i nie byłem jednym z pierwszych na swojej drodze, jednak startowałem raczej wcześniej niż później. Wszystko przebiegało bardzo pomyślnie, choć gdybym napisał, że w ogóle się nie stresowałem, to bym skłamał – po prostu bardzo chciałem już wystartować. Sam start może i nie trwa długo, ale mam wrażenie, że po oderwaniu się od ziemi wszystkie troski znikają i jestem tylko ja i droga. Bardzo lubię to uczucie.
Apetyt rośnie w trakcie jedzenia
Generalnie mój plan na te zawody został w pełni zrealizowany. Na pierwszej drodze poszło mi na tyle dobrze, że kiedy spadłem na drugiej, czułem lekki niedosyt – mimo że założenia w pełni wykonałem, żałowałem, że nie poszło mi tak dobrze jak za pierwszym razem. Koniec końców zająłem 12. miejsce na mistrzostwach Europy i 15. w Pucharze Świata. Celowo nie podaję liczby zawodników – oczywiście zawsze chce się być jak najlepszym, ale to jeszcze nie czas, bym mógł walczyć o medale. Krok za krokiem, mam nadzieję, że taki moment nadejdzie i będę robił wszystko, co w mojej mocy, aby go osiągnąć. Tym razem miałem jednak inny cel, który udało się zrealizować!
Packa na muchy
Justyna po powrocie ze spaceru powiedziała mi, że znalazła bardzo fajny sklep, a w nim coś, co na pewno mi się spodoba i będę chciał to kupić. Sama rzecz miała być jednak niespodzianką. Poszliśmy na spacer i przy okazji zaprowadziła mnie do tego miejsca. Był to sklep z różnymi designerskimi rzeczami do domu. W końcu pokazała mi, o co chodziło – była to bardzo ładna, porządnie wykonana (z drewna oraz skóry tradycyjnej i zamszowej) packa na muchy. Ponieważ walkę z muchami prowadzimy od dawna, postanowiliśmy przywieźć z wyjazdu taką praktyczną, a zarazem wyjątkowo ładną pamiątkę. Od teraz możemy walczyć z muchami z klasą!

Zobacz inne wpisy
Atomowy nawyk
Piszę ten wpis w samolocie lecącym do Paryża. Chcę podzielić się refleksją o nawykach i ich wpływie na życie.
Biorę życie takie jakie jest
Aby jakoś uporządkować ten wpis zacznę od pewnej przytrafiającej mi całkiem systematycznie rzeczy.
Super moce
„Rób albo nie rób – nie ma próbowania”. Czyli o wpływie Mistrza Yody na moją rehabilitację neurologiczną.