Opowiem dziś kilka sytuacji, w których miałem dość, a w których się nie poddałem, z czego, z perspektywy czasu jestem dumny.
Biega, krzyczy Pan Hilary
Zacznę od udręki moich ostatnich kilku miesięcy, o moich okularach. Okulary w moim przypadku mogły by być tematem rzeką, aktualnie używam 3 par, na co dzień, do komputera i do czytania. Od dłuższego czasu te, których używam na co dzień, a to mi spadały z nosa, a to uwierały w uszy, a to w nos… próbowałem przeróżnych rozwiązań. A to blokerów, a to sznurków, naklejek na noski, no i przez cały czas chodziłem do przeróżnych optyków, by je „dogiąć” lub coś poprawić. Niektóre z prób były po części udane, gdy jakaś rzecz sprawiła dyskomfort nie odpuszczałem, myśląc, że to kwestia przyzwyczajenia, jednak dyskomfort zwiększał się zamiast zmniejszać, więc, poszukiwałem innego rozwiązania.
Próby ze znalezieniem dobrego ustawienie już mnie bardzo drażniły, a to, że jest to możliwe było dla mnie pewne, bo kiedyś było mi w tych oprawkach wygodnie. Po wielu próbach czułem, że jestem bardzo blisko i że wystarczy je lekko „dogiąć”. I tak wczoraj trafiłem znowu do optyka, z prośbą o pomoc.
Wydaje mi się, że w końcu się udało, aktualne rozwieszanie jest hybrydą poprzednich – lekkiego dopięcia i naklejek na noski. Tym sposobem po wielu próbach, których miałem serdecznie dość temat okularów mógł „zniknąć z mojej głowy”.
Psotniś hipokamp
Druga historia, którą chciałem przytoczyć to moja ostatnia „wyprawa” na trening, na ściance. Ponieważ ścianka wspinaczkowa znajduje się jakieś 400 m od miejsca, w którym wynajmuje biurko, pełny zapału zabrałem wszystkie potrzebne mi rzeczy i wyruszyłem na krótki spacer. Nie skręciłem w dobrym miejscu, więc cała droga zajęła mi jakieś 6 minut zamiast 3-4. Gdy znalazłem się w obiekcie dowiedziałem się, że w poniedziałki otwierają od 15, a ja, zapominając o tym, przyszedłem koło 10… Nie będę ukrywał, że byłem na siebie zły, jednak to było tak blisko, że stwierdziłem, że po prostu wrócę i przyjdę tu, jak już będą otwarci. Dla pewności włączyłem nawigację, orientacja przestrzenna po wypadku zdecydowanie nie jest moją mocną strona… Całe wydarzenie miało miejsce w dzielnicy Krakowa, w której spędziłem sporo czasu (to w niej studiowałem, pracowałem i przez chwilę mieszkałem) więc czułem się w niej całkiem pewnie.
I tak połączenie tej pewności z nawigacjom, połowicznym widzeniem i emocjami wywołanymi przyjściu w godzinach, kiedy ścianka jest zamknięta, sprawiło, że zamiast jakiś 800 m (400 w jedną i 400 w drugą), czy nawet 1 km, zakładając, że będę trochę błądził zajęło mi grubo ponad godzinę, a kilometrowo obyło to ponad 4,3… Po długim „spacerku” udało mi się wrócić, pod sam koniec byłem już na siebie bardzo zły, szczególnie, w momencie gdy byłem już bardzo blisko (z 3 razy wchodziłem do złego budynku, a dobrze wiedziałem, że to drugie miejsce jest sąsiadujące. Gdy po raz któryś robiłem kółko dookoła kwartału, w którym znajduje się budynek, chciałem już wykonać telefon do mojej żony, która była w środku, z prośbą o wskazówkę.
Koniec końców udało się bez telefonu, jednak bycie upartym się opłaca. Systematycznie wszystko analizowałem i w końcu trafiłem. Wiedziałem, że w ostateczności mogę zadzwonić lub spytać kogoś w budynku, do którego co chwilę wchodziłem omyłkowo. Traktowałem to jednak jako „kolejną” przeszkodzę, taką którą trzeba ominąć i iść dalej, a nie jako mur, którego nie pokonam bez przebijania (pytania o pomoc). I tak, gdy wróciłem, opowiedziałem Justynie o swojej przygodzie, z niedowierzaniem sprawdziłem w telefonie jak długo mnie nie było, i ile km zrobiłem, po czym popracowałem chwilę, zjadłem obiad i wyszedłem na trening raz jeszcze, tym razem bez nawigacji i o dobrej godzinie.
Sam w sobie trening nie był idealny, robiłem już sobie znacznie fajniejsze, jednak byłem dumny z tego, co osiągnąłem. Kto wie, może jak przerobię jeszcze kilka takich sytuacji, moja orientacja przestrzenna lub wypracowane nawyki będą już tak zaawansowane, że nie będę robił nadmiarowych 3 km… chociaż to przecież był dobry dodatkowy trening, zarówno fizyczny jak i psychiczny.
Żarty się skończyły, odpuszczam
Na koniec podzielę się sytuacją, w której celowo odpuściłem. Dużo szybciej i wygodniej pisze mi się nowe teksty na telefonie niż na komputerze. Ponieważ znam siebie i swoją upartość, dobrze wiem, że jakbym się zmusił to dam radę to zrobić na komputerze. Mimo wszystko pisze to na telefonie dlaczego? Moim celem jest zapisać sprawnie swoje przemyślenia, a akurat przyszła mi wena na pisanie. Na pisanie, a nie ćwiczenie sprawniejszego pisania na komputerze. Skoro moim głównym celem jest tekst, robię to, co pomoże mi go lepiej zrealizować.
Podsumowanie
Także tak, nie ma co się poddawać, jednak warto mieć w głowie swój cel, tak, by droga do osiągnięcia celu nie stała się od niego ważniejsza…

Zobacz inne wpisy
Atomowy nawyk
Piszę ten wpis w samolocie lecącym do Paryża. Chcę podzielić się refleksją o nawykach i ich wpływie na życie.
Coś się kończy, coś się zaczyna...
O etapie życia, który może przynieść rozwój zawodowy, choć jest obciążający przez niepewność co do dalszych kroków.
Biorę życie takie jakie jest
Aby jakoś uporządkować ten wpis zacznę od pewnej przytrafiającej mi całkiem systematycznie rzeczy.