Przed zawodami miałem w głowie jasno wyznaczony plan. I co najważniejsze, w pełni go zrealizowałem. Gdyby tydzień wcześniej ktoś zapytał mnie, czy satysfakcjonowałoby mnie drugie miejsce, odpowiedziałbym: „oczywiście!”. A jednak, koniec końców, nie byłem z siebie w pełni zadowolony.
Zacznę od pozytywów. Po raz pierwszy startowałem w zawodach tej rangi. Przy okazji miałem przyjemność poznać i zamienić kilka słów z członkami kadry narodowej. Rozmowy były bardzo ciekawe i cieszę się, że miałem możliwość ich wysłuchać oraz podzielić się własnym doświadczeniem.
Muszę również wspomnieć, że atmosfera podczas zawodów była niezwykle pozytywna. Wszyscy byli uśmiechnięci, życzliwi i wzajemnie sobie kibicowali. Upewniło mnie to, że chcę rozwijać się w tym sporcie jeszcze bardziej.
Pierwsze koty za płoty
Był to mój debiut na tak poważnych zawodach. Nie ukrywam, dzień przed startem czułem stres. W wolnych chwilach między wstawkami starałem się stosować relaksujące techniki oddechowe. Nie do końca rozumiałem, skąd brało się napięcie w klatce piersiowej. Przecież chciałem potraktować swój występ jako element dobrej zabawy, bo wspinaczka właśnie tym dla mnie jest. I tak też było. Najpierw jedna droga, potem druga, aż dotarłem do finałów. Tam finałowa droga w końcu mnie pokonała. Dałem z siebie wszystko, jednak tuż przed końcem odpadłem. Chwilę po mnie startował Kuba, z którym przyjechałem z Krakowa. Ukończył drogę, a co za tym idzie, wygrał Mistrzostwa.
I wtedy wydarzyło się coś, czego sam do końca nie potrafiłem zrozumieć. Z jednej strony w pełni zrealizowałem plan, z drugiej zjeżdżając z drogi, z której spadłem, poczułem zawód. Ta droga była w moim zasięgu. Zamiast cieszyć się z osiągniętego wyniku, zostałem z lekkim „niesmakiem”....
Kilka dni później powiesiłem medal obok tego, który otrzymałem za udział w igrzyskach organizowanych przez fundację, z którą się wspinam (Sprawne Wspinanie). Wtedy poczułem lekką dumę. Droga, jaką przeszedłem od pierwszych zawodów po wypadku, była naprawdę długa. A to, że nie jestem w pełni usatysfakcjonowany, nie jest niczym dziwnym w sporcie. Czasami nawet ci, którzy wygrywają, nie są zadowoleni ze swojego występu – bo zawsze można coś zrobić lepiej, ładniej, szybciej. Oba medale mają dla mnie tę samą wartość: jeden symbolizuje początek drogi powrotu do zdrowia, drugi pokazuje, że kierunek, który obrałem, jest właściwy.
Podsumowując
„Koniec końców to był bardzo udany dzień. Cieszę się, że mogłem poznać wiele świetnych osób i że zapanowałem nad swoimi emocjami. To przecież mój pierwszy występ na tak poważnych zawodach. A przy okazji świetnej zabawy i wszystkich pozytywów – udało mi się stanąć na podium.”
Poniżej wstawiam link do fragmentu relacji z mojego ostatniego przejścia: https://www.youtube.com/live/UfkO97KeXBQ?si=nIZUtw5a-y-XiZSj&t=23631

Zobacz inne wpisy
Atomowy nawyk
Piszę ten wpis w samolocie lecącym do Paryża. Chcę podzielić się refleksją o nawykach i ich wpływie na życie.
Biorę życie takie jakie jest
Aby jakoś uporządkować ten wpis zacznę od pewnej przytrafiającej mi całkiem systematycznie rzeczy.
Coś się kończy, coś się zaczyna...
O etapie życia, który może przynieść rozwój zawodowy, choć jest obciążający przez niepewność co do dalszych kroków.