Z początkiem nowego miesiąca chciałem wejść z przytupem w nowy plan treningowy. Pod koniec przyszłego miesiąca czekają mnie bardzo ważne zawody. Ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, chcę go wykorzystać do maksimum. Mój cel? Być przygotowanym pod każdym względem znacznie lepiej niż ostatnio i nie powtórzyć błędów, które popełniłem w Innsbrucku.,
Teoria a praktyka
Na papierze wszystko było idealnie przygotowane. Wróciłem właśnie z krótkiego odpoczynku, który był też świetną ucieczką przed upałem. Od swojego trenera Sary dostałem nowy plan treningowy. W dużej mierze opierał się on na wariacjach ćwiczeń, które wykonywałem już wcześniej, więc zostało tylko wstać i ćwiczyć. Dodatkowo Justyna znalazła świetne, zacienione miejsce, w którym temperatura była znacznie niższa. Wszystko zapowiadało dobry trening… wszystko, ale do czasu.
Pierwsze z ćwiczeń wykonałem – pewnie dało się lepiej, jednak zrobiłem. Gdy zobaczyłem, co mam robić na drugie, to mimo że poprzedniego dnia dokładnie sprawdzałem w Internecie, jak je poprawnie wykonać, czułem, że coś jest nie tak. Żeby nie robić błędów, poprosiłem Justynę, żeby nagrała moje wykonanie, by podesłać film Sarze do oceny. Pod koniec serii, którą chciałem w całości zarejestrować, byłem na siebie już bardzo zły – czułem, że poszło całkowicie źle.
Komfortowa sytuacja
Na domiar złego cały czas mam z tyłu głowy to, w jak „komfortowej” sytuacji się znajduję. Nie pracuję zawodowo, więc cały swój czas – z wyłączeniem rehabilitacji – mogę poświęcić treningom. Dodatkowo, ponieważ zawsze byłem bardzo aktywny sportowo (czego najlepszym dowodem jest to, że do mojego wypadku doszło przecież podczas treningu rowerowego…), dobrze wiem, że te ćwiczenia nie są dla mnie czymś niewykonalnym. Szczególnie że przecież jakiś czas temu już je robiłem i wszystko było okej.
Najprostsza logiczna czynność
W takich chwilach zdecydowanie czuję żal z powodu tego, co się wydarzyło. Żal do tego, co spowodowało, że tak prosta rzecz jak powtórzenie zapisanego ćwiczenia – które przecież znam i dokładnie sprawdzałem wcześniej – staje się wyzwaniem. Nierzadko w takich momentach czuję się po prostu głupio, gdy widzę, że najprostsze czynności logistyczne i analityczne potrafią sprawiać mi aż takie problemy.
Jednak nie ma co się poddawać, prawda?
A przynajmniej nie poddawać się definitywnie. Postanowiłem, że wieczorem rozpocznę ten trening od nowa. Każde ćwiczenie nagram i będę dopytywał Sarę, czy wykonuję je poprawnie – no cóż, nie ma ze mną lekko jako z podopiecznym… Do wieczora chcę też lepiej zapoznać się z samymi ćwiczeniami i teorią ich prawidłowego wykonywania.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło
Cała ta sytuacja zmotywowała mnie do napisania tego wpisu. Tuż po podjęciu decyzji, że wieczorem zaczynam od nowa, usiadłem przed ekranem i z drobnymi przerwami na posiłki po prostu zacząłem pisać. Najbardziej lubię ten moment, kiedy temat i słowa pojawiają się same, a ja tylko przelewam je na wirtualny papier, podczas gdy cała reszta dzieje się wręcz automatycznie.
Piszę to wszystko również po to, aby Wam przypomnieć: nie ma co się poddawać. Po urazie głowy życie wygląda inaczej, a wiele rzeczy staje się trudniejszych. Część czynności, które kiedyś wydawały się banalne, teraz takimi nie będą – i to jest okej. Najważniejsze, że wciąż mamy wpływ na to, co zrobimy dalej. Ja na przykład jestem absolutnie przekonany, że wieczorem, przy kolejnym podejściu do treningu, pójdzie mi znacznie lepiej!
Postscriptum
Piszę te słowa prawie tydzień później i mogę Wam już napisać że tak, było dużo lepiej!

Zobacz inne wpisy
Kierunek dobry, tylko zwrot przeciwny…
Odnajdywanie się w przestrzeni bywa dla mnie wyzwaniem, dlatego często wspomagam się telefonem. A co gdy telefonu nie mam?
Moje oczy znowu zaczęły się szybko ruszać
,,Sen to dziedzina zagadkowa, niejedną niespodziankę chowa, bo choć udaje często jawę, rządzi się jednak własnym prawem...'' J. Szpotański
Punkty za styl? Nie tym razem
Własne wymogi kontra to co dał mi los. O drodze, o progresie, ale i o czułości.